Walentynki. Miłość czy marketing? A może jedno i drugie?

Walentynki. Miłość czy marketing? A może jedno i drugie?
14 Luty 2026 Sylwia Wityńska

Walentynki – temat, który co roku wraca jak bumerang. Jedni je kochają, inni omijają szerokim łukiem, a jeszcze inni nie wiedzą, co z nimi zrobić. Czy to wciąż święto uczuć, czy już tylko data z kalendarza handlowców?


14 lutego. Data, która jednych wzrusza, innych irytuje, a jeszcze innych wprawia w lekkie zakłopotanie, bo znowu trzeba się określić: świętuję czy ignoruję? Kocham czy demonstracyjnie nie biorę udziału? Walentynki od lat dzielą – i chyba właśnie dlatego wciąż są tematem, do którego regularnie wracamy.

Bo czym one właściwie są? Świętem miłości czy świętem promocji „druga czekoladka 50% taniej”? A może jednym i drugim – tylko proporcje każdemu wychodzą inne?

Skąd to się w ogóle wzięło?

Zanim Walentynki stały się czerwone, błyszczące i obrandowane serduszkami, miały znacznie mniej instagramową historię. Ich patronem jest Święty Walenty, postać owiana legendą. Jedna z nich mówi o tym, że potajemnie udzielał ślubów zakochanym parom, mimo zakazu cesarza. Inna – że pomagał zakochanym wbrew regułom świata, w którym żył. Brzmi romantycznie, prawda? Trochę jak początek dobrej opowieści, a nie globalnej machiny sprzedażowej.

Przez wieki miłość nie potrzebowała konkretnej daty w kalendarzu. Wyznawało się ją listami – pisanymi ręcznie, często nieporadnie, czasem z błędami, ale zawsze z emocją. Czekało się tygodniami na odpowiedź. Jedno zdanie potrafiło znaczyć więcej niż dziś cały czat pełen emotek.

Kiedyś: ciszej, wolniej, może prawdziwiej?

Miłość kiedyś miała w sobie cierpliwość. Spojrzenia zamiast relacji, gesty zamiast deklaracji. Bukiet kwiatów nie był obowiązkiem, tylko odwagą. „Kocham” nie było hasłem, które rzuca się między jednym a drugim scrollowaniem.

Nie idealizujmy – ludzie zawsze byli ludźmi, a relacje bywały skomplikowane. Ale coś się zmieniło. Tempo. Oczekiwania. Skala.

Dziś: miłość w wersji instant

Współczesne Walentynki są głośne. Krzyczą z wystaw, wyskakują z reklam, przypominają, że jeśli nie masz planu, to chyba coś z tobą nie tak. Kolacja musi być „wyjątkowa”, prezent „idealny”, a uczucie najlepiej udokumentowane zdjęciem.

I tu pojawia się zgrzyt. Bo miłość nie zawsze jest estetyczna. Czasem jest cicha, zmęczona, zwyczajna. Czasem to herbata podana bez słowa. Czasem obecność, kiedy świat się sypie. Tęsknota, kiedy nie można być razem. Tego nie da się zapakować w czerwony papier.

Czy to znaczy, że Walentynki są złe? Niekoniecznie. Problem zaczyna się wtedy, gdy bardziej skupiamy się na formie niż na treści. Gdy dzień ma udowodnić coś, co powinno być oczywiste przez cały rok, albo przykryć to, czego na co dzień brakuje.

Więc czym są Walentynki?

Dla jednych, miłym pretekstem, żeby się zatrzymać. Dla innych, komercyjnym spektaklem. Dla niektórych, bolesnym przypomnieniem, że są sami. I każda z tych perspektyw jest prawdziwa.

Może więc zamiast kolejnego sporu o sens Walentynek, warto zapytać o sens miłości. Jak ją pokazujemy. Czy potrafimy być uważni. Czy umiemy mówić „lubię cię”, „tęsknię”, „dobrze, że jesteś” bez okazji i bez presji kalendarza.

Bo miłość nie potrzebuje daty. Ale czasem potrzebuje impulsu. A jeśli 14 lutego jest dla kogoś takim impulsem, to może nie jest to wcale takie złe.

A jak jest u was?
Obchodzicie Walentynki czy przechodzicie obok nich obojętnie?
Są dla was świętem miłości czy świętem marketingu?
A może uważacie, że miłość najlepiej celebruje się po cichu, przez cały rok?