Czy to "koniec" mężczyzny i kobiety? Polska wobec wyroku TSUE
Wyrok unijnego trybunału i planowane zmiany w polskich dokumentach uruchomiły debatę, która wykracza daleko poza prawo. To rozmowa o języku, wartościach i o tym, jak państwo definiuje podstawowe relacje społeczne.
Pod koniec listopada Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał wyrok, który już teraz wywołuje szeroką debatę – nie tylko prawną, ale również społeczną i kulturową. Orzeczenie dotyczy obowiązku uznawania przez państwa członkowskie Unii Europejskiej małżeństw osób tej samej płci zawartych legalnie w innym kraju UE. W praktyce oznacza to, że Polska, choć w Konstytucji definiuje małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny, musi uwzględniać skutki prawne takich związków w określonych sytuacjach, na przykład w zakresie prawa pobytu.
Rząd zapowiada dostosowanie przepisów do wyroku TSUE. W ubiegłym tygodniu na stronie Ministerstwa Cyfryzacji pojawiła się informacja o pracach nad rozporządzeniem, które ma zmienić wzory dokumentów stanu cywilnego. Powód? Obecnie używane formularze operują pojęciami „kobieta” i „mężczyzna”, co – jak wskazuje resort – uniemożliwia prawidłowe wpisanie małżeństw jednopłciowych uznawanych na mocy prawa unijnego.
Planowane zmiany zakładają zastąpienie tych określeń terminami neutralnymi płciowo, takimi jak „pierwszy małżonek” i „drugi małżonek”. To techniczna korekta, która – według autorów projektu – ma jedynie ułatwić stosowanie prawa i uniknąć problemów administracyjnych. Jednak dla wielu komentatorów to coś znacznie więcej niż kwestia formularzy.
Krytycy zmian zwracają uwagę, że język prawa nie jest obojętny. To on opisuje rzeczywistość i pośrednio ją kształtuje. Ich zdaniem rezygnacja z pojęć „mąż” i „żona” w oficjalnych dokumentach może prowadzić do stopniowego zacierania tradycyjnego rozumienia małżeństwa jako związku kobiety i mężczyzny – nawet jeśli formalnie Konstytucja pozostaje bez zmian.
Zwolennicy nowego podejścia odpowiadają, że chodzi wyłącznie o dostosowanie się do realiów prawnych Unii Europejskiej oraz zapewnienie równego traktowania obywateli. Podkreślają, że Polska jako członek UE musi respektować orzeczenia TSUE, a zmiany w dokumentach nie oznaczają automatycznego wprowadzenia małżeństw jednopłciowych do polskiego porządku prawnego.
Spór jednak wykracza poza prawo. Dotyka pytania o granice integracji europejskiej, o relację między prawem krajowym a unijnym oraz o to, czy zmiany dokonywane „technicznym” językiem administracji nie prowadzą w dłuższej perspektywie do głębokich przemian kulturowych. Dla jednych to naturalny etap rozwoju nowoczesnych społeczeństw. Dla innych – sygnał, że pojęcia, które przez pokolenia stanowiły fundament ładu społecznego, tracą swoje znaczenie.
Dyskusja dopiero się zaczyna. Projekt rozporządzenia jest na etapie prac, a jego ostateczny kształt może się jeszcze zmienić. Jedno jest jednak pewne: temat małżeństwa, rodziny i języka, jakim opisuje je państwo, wciąż budzi emocje i skłania do stawiania pytań o to, dokąd zmierzamy jako społeczeństwo – i kto o tym kierunku decyduje.
Czy są to zmiany czysto administracyjne, czy zapowiedź głębszej redefinicji podstawowych pojęć? Odpowiedź na to pytanie pozostaje otwarta – i zapewne jeszcze długo będzie przedmiotem publicznej debaty.